Bez ociągania…
Przyjechałem do kościoła, w którym rozpoczynała się niedzielna Eucharystia… Tego dnia, mimo iż była już 19., jeszcze na niej nie byłem. Wchodząc do środka czułem, że nie jestem właściwie przygotowany. Serce podpowiadało: „Idź do spowiedzi…”, ale rozum wtórował: „pójdziesz jutro…” Byłem rozdarty, a napięcie w moim wnętrzu ciągle wzrastało… W pewnym momencie Boże natchnienie było tak silne, że odwracając się ruszyłem w kierunku pierwszego napotkanego kapłana, którego poprosiłem o spowiedź. Oczywiście! Nigdy wcześniej, żaden ksiądz nie odpowiedział na moją prośbę z tak wielkim entuzjazmem! Pomyślałem, że to kolejny znak Bożego pragnienia spotkania z człowiekiem w jego oczyszczonym sercu… Wyspowiadałem się! Z uśmiechem wróciłem do pełnego uczestnictwa w liturgii…
A dziś…, a dziś sytuacja się powtórzyła. Tym razem przekonały mnie Jezusowe słowa, które skierował do Magdaleny:
„Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?
Nikt, Panie!
I ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8,10-11).
